murki.pl
  Info | Mapa | Topo | Ogłoszenia | Archiwum | Zdjęcia | Forum | Zaloguj | Kontakt

[20 września 2004, Łukasz Chrzanowski]

Piz Badile 2004

Relacja z wyjazdu w Alpy Retyckie (Szwajcaria), celem wyjazdu była droga Cassina VI na 800-metrowej północno-wschodniej ścianie Piz Badile.

Pomysł wyjazdu na Piz Badila zrodził się dawno. Nie pamiętam już kiedy. Przychodzi mi na myśl letnie popołudnie w Krakowie, jakiś szybki spacer po rynku w drodze Zakopane-Gdańsk. Potem lektura książki Bonattiego: „…który z alpinistów nie marzył o poznaniu jasnych ścian Badile, Cengalo, Gemuli…”. Następnie przypadkowa rozmowa z Żenią na Spotkaniach Podróżników: „wiesz, chciałbym pojechać… — ja też… — …to może razem tam wyskoczymy…” — i tak dalej. Większość podobnych rozmów to puste plany. Ta jednak wydała swój owoc.

Sierpień, późny piątkowy wieczór. Wsiadam do samochodu. Przekręcam kluczyk. Mijam dobrze znane ulice. Krótki załadunek bagażu Grześka, pożegnanie z dziewczyną. Wymieniamy spojrzenia. Obaj czujemy to samo. Kierunek — mała szwajcarska wioska o nic nie mówiącej nazwie „Bondo”. Granica polsko-niemiecka, długie kilometry niemieckiej autostrady. Nasza trasa biegnie przez Berlin, Norymbergę, Monachium, Garmisch, Landeck (Austria) i St. Moritz (Szwajcaria). W niedzielny słoneczny poranek pierwszy raz w życiu stawiamy swe stopy na szwajcarskiej ziemi. Wioska Bondo oczarowała nas klimatem. Zdaje się nie zauważać, że to już XXI wiek. Zadaję sobie pytanie, czy mieszkańcy w ogóle znają słowa „pośpiech” i „czas”. Drewniane domki, wąskie brukowane ulice, rynek z fontanną. Grupka leniwych tubylców popija miejscowe trunki. Ich bezrobotne anioły stróże muskają moją twarz swoimi skrzydłami. Czy to zaproszenie do biesiady?

Zobacz powiększenie

My jednak mamy swój cel. Tam gdzieś w górze czeka 800 metrów północno-wschodniej ściany Piz Badile. Podjazd płatną, stromą górską ścieżka. Boję się. Mam nadzieję, że rok wcześniej połamany kręgosłup wytrzyma ciężar plecaka. Nie ma to jak dobry partner. Bez słowa zachęty ładuje najcięższe rzeczy do swego wora.
Dolina Bondasca wita nas deszczem i wiatrem. Wokół piętrzą się kilkusetmetrowe skalne ściany. Tak, zdecydowanie będzie mi się tu podobać. Wieczorem mijamy schronisko Sas Fura. Jak przystało na mieszkańców kraju nad Wisłą zamierzamy zabiwakować „na dziko” gdzieś powyżej. Miłą pamiątką wyjazdu pozostanie kartka z informacją „camping strictly forbidden in Bondasca area”. My Polacy…
Udało znaleźć się miejsce na namiot. 15 minut nad schroniskiem, 1,5 godziny poniżej podstawy ściany. Pierwszy rekonesans. Piz Badile nie rozczarowuje swą urodą. Szkoda tracić czasu na próbę opisu słowami. Albo to widziałeś albo nie.

Z Grześkiem znamy się właściwie słabo. Krótkie spotkania na ściance „u strażaków” lub w klubie SKTJ to wszystko. Żadnych wcześniejszych wyjazdów ani imprez. Przyglądam się jego osobie. Spokojny, zdaje się ważyć każde wypowiadane słowo. Cenna i rzadka dziś cecha. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czas w górach płynie inaczej. Bez zgiełku, bez zasranego jazgotu dnia codziennego. Cisza, spokój, kawa. Rozmowy. Właściwie o wszystkim. Imprezy, wyjazdy, osoby które towarzyszą nam w życiu, poprzednie wspinaczki, dzieci, małżeństwo, różne losy znajomych. Na co dzień to nie takie proste. Przytargany na własnych plecach polski browarek udanie wspomaga atmosferę tych może i banalnych rozmów.

Zobacz powiększenie Poniedziałek, 4 rano — pobudka. Z dołu od schroniska ciągnie sznurek czołówek. No tak, na Badilu są alpejskie klasyki. Na rozwspinanie i rekonesans zaplanowaliśmy północną grań. 1000 metrów łatwego wspinania. Trudności maksymalnie czwórkowe. Pogoda idealna, wspaniałe widoki i tym podobne klimaty. Mamy tylko jedno ale — CHOLERNY TŁOK. Po klika zespołów na jednym wyciągu. IRYTACJA. Droga miała być bułką z masłem. I prawie była, gdyby nie zjazdy. Trudności orientacyjne oraz plącząca się na wietrze lina skutecznie opóźniały wytracanie wysokości. Koniec końców mieliśmy „małe” problemy ze znalezieniem po ciemku naszego namiotu. Za to znaleźliśmy kilka innych, ekipy oczywiście z Polski. Była więc okazja uciąć sobie miłe pogawędki w trakcie poszukiwań.
Po długiej podróży i przygodzie na grani potrzebny był rest przed atakiem na główny cel wyjazdu — drogi Cassina na pn-wsch ścianie. Jak to czasem w górach bywa, koniec odpoczynku zbiegł się w czasie z okresem złej pogody. Zeszliśmy na dół. Planowaliśmy wycieczkę na włoską stronę w poszukiwaniu stacji z LPG, jeziora Lago di Como oraz lokalnych rejonów skałkowych. Plan zrealizowany został mocno częściowo. Jedno jest pewne. Skałek po włoskiej i szwajcarskiej stronie nie brakuje. Przewodnik można nabyć w sklepie wspinaczkowym w Chiavenie. Są miejsca gdzie wspin możliwy jest wprost z parkingu przy szosie. Drogi obite po „francusku”, przelot przy przelocie, a u góry sztand z karabinkiem.

No dobra, ale my tu nie po to, czas znowu iść w góry. Wieczór. Wyruszamy pod ścianę. Chcemy skorzystać z licznych kamiennych koleb, aby rano nie tracić czasu na podejście. Prognoza pogody jest dobra, wiec nie jesteśmy sami. Jak zwykle w powietrzu pobrzmiewa język polski (pozdrawiamy ekipę z Krakowa). Bezchmurna noc, spanie pod rozgwieżdżonym niebem. Romantyczny klimacik. Gdyby jeszcze zamiast Żeni w śpiworze obok była… No dobrze, może nie przesadzajmy.
Pobudka w okolicy 4 rano. Zimno. Krótkie podejście po dwójkowych progach. Droga zaczyna się od zjazdu, przed którym szpeją się już dwa polskie zespoły. Jestem mocno podekscytowany. Zjazd. Początek to trawers półką z miejscami trójkowymi, 150 metrów nad glebą. I się zaczęło. Oszczędzę tu sobie patetycznych opisów „wielkiej” górskiej przygody. Nie ma co przesadzać, to tylko porządnej długości szóstkowy standardzik alpejski. Wspinanie zróżnicowane, tarciowe po płytach, różnego rodzaju zacięciach rysach i kominach. Ciekawie i powietrznie. Przez większość drogi było przyjemnie. Czasem słońce, czasem wiatr, czasem śnieg. Trochę strachu, dużo zmęczenia. Słowem wszystko to, co sprawia nam przyjemność.
I tak aż do momentu Wielkiego Komina, pięć wyciągów przed końcem drogi. Jakimś dziwnym trafem, podczas wspinaczki w kominie Żeniowy bark odmówił dalszej współpracy. Chrupnął, chrząknął, dziwnie się przemieścił po czym bezczelnie przestał działać. Nie pomogły prośby, groźby, tłumaczenia ani złość. Że przecież to było nasze marzenie, że niewiele do końca. Nie działał i koniec. Przy pomocy włoskiego zespołu udało się Żeni dotrzeć do półki ze stanowiskiem. W jego oczach widziałem ból i odrobinę strachu. Ja zamiast współczucia czułem złość. Cholera, a więc się nie uda… Człowiek jest jednak wielkim egoistą.
O dalszej wspinaczce nie było mowy. Zjazdy w dół też odpadały. Droga biegnie lekko skosem przez ścianę, brak stanowisk zjazdowych, dużo zespołów poniżej itp. Na szczęcie mamy już XXI wiek, istnieją telefony komórkowe, służby ratownicze, helikoptery i tym podobne gadżety. Jak miło. A więc przygoda tak, ale tylko do pewnych granic. Po około pół godzinie zawisł nad naszą głową śmigłowiec. Usłyszałem jeszcze zdanie „…hope you have good insurance because helicopters are fucking expensive in Switzerland”. Żywiłem podobną nadzieję.
Jak się potem dowiedzieliśmy, szwajcarskie służby ratownicze uchodzą za najlepsze w Europie. Szybki desant ratownika do komina, krótka wymiana zdań i Żenia miał okazje podziwiać Alpy Retyckie z lotu ptaka, wesoło dyndając na stalowej lince pod helikopterem. A co ze mną, czy nie chciałem towarzyszyć partnerowi w ciężkich chwilach, pomóc mu w szpitalu, wspierać dobrym słowem? Otóż nie. Kiedy ratownik spytał, czy mogę się wspinać dalej, z radością krzyknąłem że oczywiście i bardzo chętnie. Przecież właśnie po to jechałem ten pieprzony szmat drogi z Gdańska. Tak bardzo chciałem skończyć tę drogę. Znajdujący się poniżej szwajcarski zespół dwójkowy zgodził się wziąć mnie "na trzeciego". A więc Żenia odleciał w siną dal, a ja kontynuowałem wspinanie.
Dalsza cześć wspinaczki, a potem zjazdów była równie interesująca, ale dużo bardziej męcząca. Miałem okazję podziwiać szwajcarską dokładność i irytować się na związaną z nią powolność. Ich poniekąd słuszna dewizą było „bezpieczeństwo przede wszystkim”. A wszystko to przy akompaniamencie porywistego wiatru. I znowu noc przyszła szybciej niż powinna. Pod nogami jeszcze cała masa powietrza, a tu ciemno, że oko wykol. Szwajcarów oprócz dokładności i powolności cechował też upór. W odróżnieniu ode mnie, nie była ich pierwsza wspinaczka w Alpach. Noc zdawała się nie robić na nich wrażenia. A więc mozolnie w dół. Ciemność wiatr, zimno i zjazdy. I tak do 3 w nocy. Jednym słowem górska przygoda. Hura! Potem pozostało jeszcze znaleźć pozostawiony w kolibie śpiwór. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, szczególnie po ciemku. Postanowiłem postawić „kropkę nad i”, kończąc tak wspaniale rozpoczęty dzień drzemką na przygodnym kamieniu mając za poduszkę kask, a za prześcieradło 40-litrowy plecak.

Zobacz powiększenie

I to właściwie koniec. Pozostało jeszcze odnaleźć się z Żenią, co wydawało się niełatwe zważywszy, że „padł” jego telefon a był w posiadaniu moich dokumentów, portfela i kluczyków do samochodu. Z trudnościami, ale w końcu się udało. Kontuzja uniemożliwiła dalszą działalność. Mieliśmy przed sobą kilkanaście godzin na rozmowy podczas drogi powrotnej do Gdańska. Polubiłem go bardzo podczas tej wyprawy. Ale czy sprawdziłem się jako dobry partner?

Piz Badile — informacje praktyczne:

http://www.lodz.tpsa.pl/iso/AKG/Badile/
http://www.summitpost.org/show/mountain_link.pl/mountain_id/1238
http://uka.pl/txt_main.php?q=show_fl&tekst_id=180
http://www.mountaineering.ie/mci/iaa/bregag.htm
http://www.sachoherrohn.ch/rl3%20Unsere%20Hutten/Klettertopos%20Bergell.htm
http://people.freenet.de/gipfelbuch/links/p.html
http://topo.uka.pl/content/topo/bergel_piz_badile/bergel_piz_badile.php

Gdyby ktoś potrzebował schematu drogi Cassina bądź innych dróg w rejonie doliny Bondasca lub Albignia to chętnie pomogę: Indian0(at)poczta.onet.pl. Więcej zdjęć (+ opisy do zdjęć zamieszczonych w tekście) — w galerii.


I jeszcze garść historii (ze strony UKA):
Północno-wschodnia ściana Piz Badile była przez wiele lat uważana za jeden z ostatnich alpejskich problemów. Pierwsze jej przejście miało miejsce dopiero w lipcu 1937 roku. Wspinacze R. Cassin, G. Esposito, V. Ratti i M. Molteni dwukrotnie biwakowali w ścianie, by po trzech dniach, bliscy obłędu, wydostać się na szczyt. Dwaj ostatni zmarli z wycieńczenia już po zakończeniu wspinaczki, podczas zejścia na południową stronę. Tragiczna historia pierwszego przejścia przysporzyła pięknemu szczytowi dość ponurej sławy. Nie powstrzymało to jednak kolejnych prób. Rejon doliny Bondasca był przez wiele lat i częściowo wciąż jeszcze jest, terenem intensywnych działań.


 

Opinie

+ DODAJ swoją opinię

Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych opinii. Twoja może być pierwsza…
 
 
Na początek strony Strona główna >> [ Wprowadzenie | Praktyczne informacje | Archiwum | Przewodniki | Galeria ]  
 

© murki.pl 2000–2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.

poczta@murki.pl