murki.pl
  Info | Mapa | Topo | Ogłoszenia | Archiwum | Zdjęcia | Forum | Zaloguj | Kontakt

[23 listopada 2004, Bolesław Wołoszański]

Krokodylkiem na Torpedownię

Wspinanie latem, prosto z morza, na dziewiczej ścianie. W Trójmieście. Czy można chcieć więcej?

Ruszamy.

Przypuszczamy atak.

Wnętrze wieży.

Drugie przejście.

Powrót.

Pomysł zdobycia torpedowni zrodził się zimą 2003/2004 podczas „spacerów” plażą w Babich Dołach w Gdyni. Początkowo plan obejmował zdobycie zimą obiektu od strony wody najdłuższą z możliwych linii. Jednak problemy z transportem na „wyspę” odwlekały atak. Myśleliśmy nad dogadaniem się z rybakami ale obawialiśmy się, że mogą mieć ubaw transportując nas tylko w jedna stronę. Czas mijał i mijał aż przyszedł sierpień 2004. Krótka dyskusja i decyzja: jutro jedziemy. Transport wodny: kajak 2-osobowy (dmuchany) i „krokodylek”, który otrzymał nazwę za sprawą swoich „wojennych” barw. Pierwotnie myśleliśmy nad wytyczeniem linii biegnącej z tyłu torpedowni (niewidocznej z brzegu) jednak nie znaliśmy topografii ściany od strony wody. Krótkie poszukiwania w internecie zaowocowały odnalezieniem zdjęć zrobionych przez grupę płetwonurków, okazało się też, że ściana nie daje możliwości wspinania od samej wody na szczyt wieży w linii prostej. Liczne tarasy i balkony odstraszały. Zakładaliśmy możliwość wspinania najpierw stroną „od wody” a później przewinięcia na ścianę boczną wieży.

15 sierpnia o 10 rano załadowana sprzętem Toyota z wielkim hałasem wjechała na osiedle w Babich Dołach. Chwila przywitania, pakowanie sprzętu. Na plaży za wydmą zaczęliśmy oporządzać się. Kajak okazał się super, a „krokodylek”… kupą śmiechu. Okazało się, że po załadowaniu plecaków do „krokodylka” nie ma szans na miejsce siedzące dla Michała. Jedyne wyjście to takie żeby położył się na plecakach. O wiosłowaniu nie było mowy. Skończyło się na tym, że „krokodylek” z Michałem na pokładzie był holowany przeze mnie i Jarka. Wbrew wcześniejszym obawom czas dotarcia na miejsce okazał się dość krótki, bardzo przyjemny i co najważniejsze bezproblemowy. Będąc już u „bram” torpedowni zastanawialiśmy się jak na nią wejść. Nie było nieoczekiwanego wejścia po schodach z czerwonym dywanem… cholerka. Po chwili przypłynęli do nas WOPRowcy i myśleliśmy, że nas przepędzą, ale prosili tylko, żebyśmy nie skakali z torpedowni, bo kilka osób skończyło tragicznie. Wskazali nam najdogodniejsze miejsce wejścia na torpedownię (według nich jedyne możliwe), ale wydało nam się, że inne miejsce będzie łatwiejsze. Wejście odbywało się po zniszczonym stalowym elemencie, który kiedyś chyba spełniał funkcję pasa scalającego budowlę. Styl wejścia to mały dülferek. Po wkroczeniu na obiekt okazało się, że cała torpedownia jest pokryta sporą ilością ptasiego guana. W jednym miejscu warstwa miała co najmniej metr grubości. Samo guano nie było specjalnie uciążliwe, wyschnięte sprawiało wrażenie jakby chodziło się po dywanie (towarzyszył mu jednak charakterystyczny zapach stajni). Po rekonesansie ścian upadł wcześniejszy plan zdobycia torpedowni od samej wody. Zwarta betonowa konstrukcja w dolnej części wykluczała wbicie nawet najcieńszego haka. Odstraszyły nas również balkoniki i tarasy, w które można by było nieźle przywalić gdyby nastąpił ewentualny lot. Po zweryfikowaniu planów postanowiliśmy, że „porwiemy się” na ścianę czołową wieży. Linia prosta i bardziej prosta być nie mogła, liczyła sobie może 20 metrów w 100% pionie. Samo wejście na dach pod start drogi okazało się nie lada zadaniem. Najprawdopodobniej dojstęp na wyższe kondygnacje odbywał się wyłącznie po schodach umieszczonych w wieży, jednak czas dał o sobie znać. Schodów już chyba od dawna tam nie widzieli. System dziur pozostałych najprawdopodobniej po ataku militarnym na torpedownię umożliwił nam za to wejście na dach. Odnalezienie owych przesmyków wymagało jednak zwiedzenia całego obiektu.

Po krótkiej segregacji sprzętu wystartowałem jako pierwszy. Oczywiście przejście było czysto hakowe. Po drodze udało się wbić może dwie V-ki, a reszta to płytówki. Konstrukcja pozwoliła na założenie trzech taśm. Podczas wspinaczki mieliśmy dość liczną widownię, która to przybyła różnymi jednostkami pływającymi pod torpedownię. Oczywiście liczną widownię mieliśmy również z plaży, ponieważ podczas wspinaczki byliśmy wystawieni jak na patelni. Samo wspinanie trwało ok 1–2 godziny, ale szczęśliwi podobno czasu nie liczą ;). Po zdobyciu „szczytu” wieży, w następnej kolejności wszedł Jarek a za nim Michał. Po zakończeniu wspinaczki przez naszą trójkę spędziliśmy chwilę na podziwianiu widoczków. Chwilę później — krótki zjazd i pakowanie sprzętu.

Powrót na plażę był bardziej męczący niż droga na obiekt, przynajmniej dla mnie (chyba było pod górkę :). Nastąpiło tradycyjne uściśnięcie dłoni po udanej wspinaczce i krótka kąpiel w „cudownej” wodzie Zatoki Gdańskej.

Podobno byliśmy pionierami na wieży w stylu czysto wspinaczkowym. Według zeznań braci wspinaczkowej, torpedownia posiada wykutą drogę na jednej z odnóg twierdzy. Torpedownia jest ciekawym obiektem i byłoby chyba interesujące, gdyby wieża doczekała się jakiejś klasycznej drogi — jest plan na przyszłość. Położenie obiektu wpływa na niezbyt aktywną eksploatację, ale brak bezpośredniej dostępności z lądu dodaje smaczku całemu przedsięwzięciu.

Zdecydowanie polecam.

Kilka zdjęć w większej rozdzielczości dostępnych jest w galerii.


 

Opinie

+ DODAJ swoją opinię

Ten artykuł nie ma jeszcze żadnych opinii. Twoja może być pierwsza…
 
 
Na początek strony Strona główna >> [ Wprowadzenie | Praktyczne informacje | Archiwum | Przewodniki | Galeria ]  
 

© murki.pl 2000–2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.

poczta@murki.pl