murki.pl
  Info | Mapa | Topo | Ogłoszenia | Archiwum | Zdjęcia | Forum | Zaloguj | Kontakt

Młody

Samotnie na wschodniej ścianie Przeróbka Tower

W przewodniku pod drogą oznaczoną numerem 131 znajduje się krótki, lakoniczny opis: "…najdłuższa i najtrudniejsza z hakówek na Wieży; konieczne dwie jedynki; droga posiada pięć stuprocentowych punktów asekuracyjnych". W praktyce wzrok stojącego pod Wieżą ześlizguje się po pionowej gładzi, przeciętej jednak gdzieniegdzie kilkumilimetrowej szerokości ryskami.

Drogą tą zafascynowany byłem "od pierwszego wejrzenia", wydawała mi się szczytem możliwych trudności hakowych, a rozliczne mity i opowieści snute wieczorami w Klubie przez J. Bartosa dodawały jej tylko splendoru. Jesienią zeszłego roku zacząłem intensywnie wspinać się hakowo — sam, z partnerami, niezależnie od pogody — byle dużo, gdyż pogoda nie pozwalała już na wspinanie klasyczne na Murkach.

Potem przyjechał Endżin, więc miałem już ideologię dla tej nowej dla mnie działalności. Będziemy przecież dużo haczyć w Tatrach, więc muszę to opanować. Wreszcie pokusa stała się nie do odparcia — chcę ją przejść! Zaraz potem pojawia się druga myśl — a może by tak zrobić ją samotnie? Pomysł wydawał się genialny, więc już po kilku dniach objuczony gratami stanąłem pod Wieżą. Oczywiście, "niezbędnego" sprzętu miałem co niemiara, a to raki, a to woreczek z magnezją, hełm — nigdy nie wiadomo, co się może na TAKIEJ hakówce przydać.

Po kilkunastu minutach, obwieszony hakami zjeżdżam z góry i wbijam je w miejscach, gdzie, jak mi się wydaje, "będzie trudno". Na dole szarpnięcie za jeden z końców liny i… zostaję sam z liną, którą będę musiał dociągnąć aż na samą górę. Jest to moja pierwsza hakówka "z dołem", więc emocje są jak na grzybach w jesienny deszczowy poranek. Zakładam raki — jak ekstrema, to ekstrema. Oczywiście, całe tabuny niezwykle niezbędnych pętelek kołyszą się wszędzie, tak, że już po chwili muszę wszystko od nowa rozplątywać. Jeszcze tylko górna uprząż, lina… już wchodzę filarkiem, by zrobić "stanowisko", z którego lina będzie mnie "sama" asekurować. Przy tych skomplikowanych manipulacjach jeden z raków… odpina się i leci w dół. Cóż, nie będę się chyba wspinał w jednym raku, myślę, i po chwili obok pierwszego leży drugi. Wyszczerzone zęby tych raków będę potem oglądał przez całą drogę. No, gotowe stanowisko, mogę napierać. Najpierw trzeba zrobić tzw. pająka — trzymając się jedną ręką pętli odchylić się maksymalnie w drugą stronę i chwycić… no tak, tam nie ma się czego chwycić; TAKI numer już na samym początku! Jak oni to przechodzili! Wychylam się o kilka centymetrów dalej… jest! jakiś mikrodrucik, przez który można przewlec pętlę. Jeszcze jeden wysięg, szamotanina z pętelkami — co mnie tak trzyma?! — myślę poirytowany — aha, to auto, co za idiota, myślę w duchu. Kolejny wysiłek i po chwili zdyszany, choć jest grubo poniżej zera, wiszę w ławeczkach, pokonawszy pierwszą trudność drogi. Dopiero teraz, w ogromnym skrócie, widzę całą ścianę. Kilka haczorów wytycza linię przejścia. Nie jestem pewien, czy to był dobry pomysł. Następny punkt programu to drut sterczący prostopadle ze ściany. Zawiesić pętelkę i… niestety, drut ma tylko kilka milimetrów długości. Będzie emocjonująco, jakby powiedział zapewne Piotr P. Dobywam zawczasu przygotowane "sznurowadła" — cieniutkie pętelki o wytrzymałości nieco ponad 100 kg. Oczywiście problem, jak to założyć — gdzieś w pamięci brzmią słowa instruktorów o zbawiennych zaletach umiejętności wiązania wyblinki jedną ręką — nigdy niestety nie brałem sobie tego do serca. Na szczęście, są jeszcze zęby. Wreszcie wisi, jeszcze tylko karabinek, ławeczka, cyk, już wiszę na niebezpiecznie naprężającej się pętelce. Wytrzymała… ale moje się zaraz zerwać. Toporzę więc z buły i na limesowym wysięgu sięgam do haka. Karabinek, ławeczka, coś niewygodnie, poprawiam się, jakiś szczęk, o rany muszę lepiej — za późno i… looot! — pętelka się zerwie — myślę — słyszę trzask zrywanej pętelki, odgłos łamanych krzaczorów, jęk napiętej liny, wreszcie łagodne zahamowanie przez Endżinowego Beala i już tylko kręcąc się w powietrzu wiszę jakieś trzy metry nad ziemią, pięć metrów pod feralnym hakiem. Aale fajno! — nic mi nie jest, myślę, i już mi się wydaje, że latanie to jest to, co lubię najbardziej. Miałem jednak szczęście, że poleciałem "w powietrze", pod przewieszkę, a nie gdzieś wyżej. Cóż, próbuję jeszcze raz. Tym razem szybko docieram do haka. Stąd, po archaicznych, ale solidnych "rynnach" do dziury w ścianie Wieży. Chciwie zaglądam do środka. Może by tak jednak… nie, nie zmieszczę się, a zresztą nie chcę. Ale… rzut oka do góry - dwie rachityczne jedynki, przy czym ta druga wisi tak jakoś bokiem i w ogóle… latanie to jednak nie jest to, co lubię. Nie, teraz się już nie wycofam, myślę w duchu i wieszam ławeczki. Wreszcie dochodzę też do niej. Wisząc w przekrzywionej od mojego ciężaru jedynce, patrząc, jak powolutku reaguje na obciążenie wykruszając ryskę, zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby tę drogę robić samotnie? Wokoło hałas złomowiska, cichego rzężenia umierającego Młodego nikt nie usłyszy, myślę, i do minimum staram się ograniczyć czas wiszenia na tym niepewnym haku. Wreszcie znowu wiszę w solidnej rynnie, która jednak też jakoś tak koślawo siedzi. Przypominam sobie, że kilka dni wcześniej znacznie lepsze na pozór rynny wyciągałem ręką… Patrzę w dół. Żółty zygzak liny na ścianie. Każdy przelot to krańcowy wysiłek, krople potu i końcowa ulga. Na dole malutkie raki i plecak. Niepewnie poruszam się w ławeczkach, tak, pierwszy pewny przelot mam pięć metrów pod sobą — oznacza to, że ewentualny lot… nie będzie lotów, postanawiam, i patrzę w górę. Pewny jest za to następny punkt — gruby pręt zbrojeniowy. Jeszcze chwila i już na nim wiszę, ale… co dalej?? Do końca drogi zostało dwa metry, ale na czym zawiesić ławeczki? Zdesperowany rozglądam się po ścianie, szukając hakodziur. Nie ma! Jak oni to… wzrok mój pada na pręciory na szczycie Wieży. To jest myśl! Wypinam jedną z ławeczek i wiążę ją z resztką pętli. Podrzucam do góry. Wolę nie myśleć, co będzie, gdy wymsknie mi się to wszystko i zostanę z jedną ławeczką. Zahaczyło się. Teraz należy podać luzu, żeby drugi koniec zsunął się do mnie. Nie chce! Delikatnie perswaduję ławeczce, co ma zrobić. Zdaje się nie rozumieć. Muszę rzucić jeszcze raz — ciągnę i… nic. Dramat — myślę, co ja teraz zrobię? Wyjście jest tylko jedno. Łapię się niepewnie zaklinowanej ławeczki i mając w pamięci widok małego plecaka na śniegu powoli, centymetr po centymetrze podciągam się do góry. Emocjonująco. Telegrafy, ręce ślizgają się po cienkim repie… jest! — chwytam metalowego rzęcha. Nie myślę o tym, że nigdy takiemu pojedynczemu drutowi wystającemu ze ściany bym nie zawierzył. Wreszcie coś innego, niż pętelki, rzężące haczory, czy auto z repa. Auto! muszę się odpiąć, bo nie wejdę! Zawisam na jednej ręce, drugą gorączkowo poszukując właściwego karabinka. Żeby tylko nie wypiąć za dużo… to największe dla nowicjuszy niebezpieczeństwo na hakówkach. Udało się! Sięgam za górną krawędź Wieży i… już wiem, co mnie spotkało. Chwilę później, siedząc okrakiem na "grani" wycieram brudną, białą i śmierdzącą rękę w szorstki beton Wieży. Te ptaki… nigdy o takich przypadkach nie czytałem w książkach, czemu to tylko mi się takie rzeczy zdarzają? Ze złością patrzę na przelatującą opodal mewę. Robi się późno, trzeba zlikwidować przeloty. O zmierzchu ląduję na ziemi. Łagodny szum spadającej liny i znowu jestem sam, z liną pod ścianą. Udało się — trzeba przyznać, że byłem z siebie bardzo zadowolony.


 
Na początek strony Strona główna >> Archiwum >> Klamecjusz 1 (1992) >> [ News | Raczkowanie w pionie | Zanik mocarz | Silos zbożowy | Sylwetki mistrzów | Samotnie… | To i owo o kuciu | Góry Sokole | Wieża Bismarcka | Lokomotywa ]  
 

© murki.pl 2000–2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.

poczta@murki.pl