murki.pl
  Info | Mapa | Topo | Ogłoszenia | Archiwum | Zdjęcia | Forum | Zaloguj | Kontakt

Artur Polański

Siedząc na gałęzi

Aż tak trudno uwierzyć, ile może zdziałać jeden promyk słońca przedzierający się przez liście. Uśmiech sam wypełza na twarz a przymrużone oczka iskrzą się wpatrzone w to nikłe, cieplutkie światełko.

*

Tamtego dnia było bardzo, bardzo gorąco. Wszystko co żyło chowało się w cień, nawet te zatwardziałe, wysuszone drągi, które same rzucały ledwie widoczny cień, też polazły do cienia. A słonko sobie prażyło, że hej! Tylko nieliczne uparte świrusy wciąż tkwiły przy rozżarzonej do nieprzytomności skale. Żeby nie te półsennie obserwujące oczy skryte pod drzewami, krzakami, głazami pewnie zdjąłbym i slipy i poszedł w samej uprzęży pozwalając się dyndać temu i owemu. A tak w ociekających potem gaciach i rozpalonych jak węgiel pantoflach stałem pod skałą zadzierając w górę głowę. To niesamowite jak bardzo guma może parzyć.

Nic to, ruszyłem w drogę. Początek, lekko wywieszony, już mi się dał we znaki, więc starałem się zrobić go jak najszybciej niemalże w podskokach, ale nic w ten dzień nie szło szybko. Wydawało mi się, że poruszam się ciągle w tym samym miejscu, jakbym się przykleił. I tak to, na granicy przylepności i odpadnięcia, wreszcie stanąłem na mikroskopijnej półce, wsuwając palce rąk w pęknięcia skały. Sięgnąłem do woreczka z magnezją, coś dziwnego działo się z moimi plecami. Nie zastanawiałem się jednak nad tym, moja pozycja nie była zbyt wygodna. Ruszyłem w lewo dwumetrowym trawersem, wszystko zależało teraz od mojego wyczucia równowagi, jeden nieprzemyślany ruch i gleba jak nic. Ostrożnie niczym ślimak na końcu łodygi przesuwałem się w bok, został mi tylko jeden ruch… i byłem na sporej półce. Żeby nie jej obłość byłby tam naprawdę super odpoczynek. Ustawiłem się jak tylko mogłem najwygodniej i ponownie sięgnąłem do woreczka. Po moich plecach płynęła woda, nie, nie woda lecz strugi potu. Teraz zrozumiałem co przed chwilą czułem. Zdawało mi się, że na całych plecach wyskoczyły mi bąble, jakby mnie coś pogryzło, albo jeszcze gorzej, jakbym dostał wysypki towarzyszącej przy jakiejś wrednej chorobie. To były kropelki potu, które właśnie opuszczały miłe schronienie porów. Jedno było pewne, musiałem się teraz świecić w słońcu jak pupka niemowlaka nasmarowana oliwką. Przetarłem usta językiem suchym jak kołek, nic nie pomogło — gorzej, zrobiło mi się słono w gębie. Jak rany, na co ja się tu pchałem?

Przed sobą miałem najtrudniejsze miejsce drogi. Albo — albo. Jeśli pójdę dalej nie będzie już odwrotu, po odpadnięciu zaliczę lot jak nic. Jeżeli się poddam to będę miał super komfortowy zjazd z ekspresu nad głową, w który wpięta była nasza CZARNA lina. Przemknęła mi przez głowę myśl, iż równie mocno przyciągała promienie słoneczne jak moje buty, tyle że pantofle parzyły, a ona przybrała postać porzuconej, wysuszonej skóry węża. Nie mogłem zrezygnować, moje drugie w życiu VI.2+, kto wie kiedy będę miał następną okazję? Zrobiłem pierwszy ruch w górę, potem następny, decyzja została podjęta, już nie chciałem zjeżdżać w dół.

*

Mało brakowało a zsunąłbym się z gałęzi w małe zagłębienie z mną. Poprawiłem się trochę na swoim stanowisku. Podniosłem głowę, niebo przykrywała ogromna ciemna chmura, jeszcze moment a zasłoni słońce. W jednej sekundzie zrobiło się zimno, poczułem równomiernie rozrastającą się gęsią skórkę na moich udach. Skuliłem się jeszcze bardziej, nie cierpię zimna…

*

Był drugi maja, ciemno, że oko wykol, miałem na sobie podkoszulek z napisem Megadeth, koszulę flanelową, sweter i katanę. Na nogi założyłem podwójne skarpety, dresy i spodnie; gruba wełniana czapka głęboko wsunięta na uszy niewiele dawała pociechy. Było cholernie zimno, z pewnością kilka stopni poniżej zera. Cała nasza piątka, podobnie opatulona jak ja, szła powolutku w kierunku namiotów. Świeciła już tylko jedna czołówka, w dodatku słabo, druga wysiadła jakieś pięć metrów wcześniej. Przeklinając więc swoją głupotę, kamienie i korzenie, o które się potykaliśmy, a przede wszystkim to piekielne zimno powłóczyliśmy noga za nogą niecierpliwie wypatrując naszego pagórka. Gdzież on jest? Chyba go nie przeoczyliśmy w tych zakichanych ciemnościach. Jak słowo daję, miałem już dość.
— O jeny, ale mnie bolą nogi — biadoliła Kręćka.
— Zaraz się walniesz — wymamrotał pocieszająco Salem — i nawet ich nie poczujesz.
— Tam! — zachrypiał Krótki. To musiał być Raj krzątający się wokół swojego i Niani namiotu.
— No i gdzie jest ta cholerna butla? — dobiegły nas słowa zagubionego Raja.
— Oj, nie wiem. Poszukaj z tyłu namiotu — dopingował go słodki głos Niani.
— Taaa… — zamruczał Raj szarpiąc krzakiem za namiotem… — Taa… no gdzie jest…?
— Heej, heeej, hej! — zakrzyknęliśmy społem — Zostaw Raj, poszukasz jej rano, mamy drugą.
— Super! Muszę umyć ząbki.
— Mowa — wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Zrobiło mi się troszkę cieplej. Teraz trzeba było szybko zrzucić część ubrań i zamknąć się w śpiworze, w ciemnościach namiotu. Sen — o niczym innym nie myślałem, walnąć się na karimatę i spać. To był długi dzień, w południe na osłonecznionej, zacisznej skale było tak gorąco, że można było chodzić w samym podkoszulku i szortach. Teraz jednak mróz i zmęczenie potęgowały senność. Nikt nawet nie myślał o nocnych Polaków rozmowach przy ognisku. Co będzie nad ranem? Znowu szron na trawie? Lepiej o tym nie myśleć, co będzie to będzie. Już leżę, oczy zaklejone dokumentnie i tylko gdzieś tam pod czupryną kołacze się marzenie: jutro, jutro zrobię tę drogę. Muszę ją zrobić. I znów ruch po ruchu wchodzę do góry, we śnie wszystko jest możliwe.

*

Zaświeciło słońce, momentalnie zrobiło się przyjemniej, żeby nie ta kora wbijająca się lekko w uda mógłbym tak siedzieć cały dzień. Nagle zaszeleściły liście, podejrzliwie rozejrzałem się dookoła. Chyba nikt się tu nie pchał? Wolałbym raczej być sam, powiem nawet, że nie życzyłbym sobie niczyjego towarzystwa w tym momencie. Na szczęście był to tylko słabiutki wiaterek, który z wprawą zagrał na suchych liściach zwieszających się z pobliskiego krzaka i… na moich nerwach. Siedziałem w samym środku gąszczu krzaków, karłowatych drzew i pożółkłej, wysokiej do kolan trawy. Musiałem się nieźle natrudzić żeby tu wejść, ale jak już się przedostałem pod gałęziami osypującej się sosny, od razu spodobało mi się to miejsce. Wprost wymarzone. Cisza, spokój i niewielka lecz w zupełności wystarczająca przestrzeń wokół gałęzi, na której siedziałem. Czułem się tu naprawdę bezpiecznie.
— Ssszszszszsss…
To tylko wiaterek i te pieruńskie suche liście — nic więcej, tłumaczyłem sobie. Jednak brzmiało to jakby potężny wicher szalał ponad lasem.

*

Jak zwykle nie protestowałem gdy wysłano mnie na górę do założenia wędki. Lubiłem wejść na sam wierzchołek skały, jakąś trójkową lub dwójkową drogą i podziwiać widok roztaczający się z samego czubka. Nie lubiłem tylko momentu, w którym trzeba było wpiąć się w linę i ruszyć w dół. Moment, w którym cały mój ciężar nagle w pełni zależał od założonego stanowiska i sprawności sprzętu przy uprzęży zawsze przyprawiał mnie o ciarki. Potem gdy już lina i pętle dostatecznie się naciągnęły zjazd był wielką frajdą. Jednak ta chwila kiedy trzeba było odwrócić się plecami do przepaści… brrr! Teraz radość swobodnego hasania gdzieś się ulotniła wraz z megajebitnym wiatrem przelewającym się ponad skałami niczym rwący potok po kamieniach stojących mu na drodze. Szczelnie zapięty po uszy, lazłem w górę z coraz większym niepokojem obserwując sunące po niebie ferrari. Tu, tych kilkanaście metrów bliżej nieboskłonu miało się wrażenie, że przy nieopatrznym ruchu cały ten szał mógł runąć na głowę. Wziąłem głęboki oddech, ostatni porządny wdech przed krawędzią szczytu. Ruszyłem. Najpierw tylko nieco schylałem się ku skale dotykając ją rękoma, kilka metrów dalej już wyraźnie kleiłem się do wapienia, tu gdzie zazwyczaj szedłem jeszcze w pełni wyprostowany; teraz po prostu szedłem na czworakach. Czy wiatr może zepchnąć człowieka w przepaść jeśli się tak troszkę postara? Pełzając niczym gad jakiś zakładałem stanowisko przeklinając moją nadgorliwość. Wreszcie już zupełnie roztrzęsiony zjechałem na brzuchu na obły stopieniek metr od pętli, jeszcze niżej opuściłem się barwiąc katanę i dresy na biało, grań znalazła się ponad moją głową. Ciszej. Z radością stwierdziłem, że zrobiło się ciszej i spokojniej, chronił mnie kamień, na którym przed chwilą tak przeklinałem. Uśmiechnięty od ucha do ucha zacząłem zjazd. Super! Robiło mi się coraz cieplej. Jak ja nienawidzę wiatru. Mimo to czułem, że to ja będę zdejmował stanowisko, ale nie miałem nic naprzeciwko, wręcz przeciwnie, chciałem poczuć jeszcze raz to co przeżyłem tam na górze, zresztą ten drugi raz nawet w połowie nie jest tak straszny jak pierwszy. Nie tylko wspinacze mogą to potwierdzić.

*

Czułem, że nadchodzi kres mojego tu siedzenia. Już nic więcej nie mogłem tu zrobić. W końcu ile można? Miałem wrażenie, iż byłem jakiś nieco mniejszy, z pewnością lżejszy, na duszy i ciele. Nic tak nie podbudowuje psychy jak poranne rozmyślanie na łonie natury. Dziś zapowiadał się dzień odpoczynku, po ostrej zadymie wieczorem byłem mocno nie-do-wspinania. Musiałem kupić sobie coś kwaśnego, pomarańcze albo cytryny, o tak witaminka C, tego mi było trzeba. Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem papier, podzieliłem go na trzy części.Starczy , pomyślałem. Obejrzałem się za siebie. W życiu jeszcze nie zwaliłem takiej kupy. Byłem pod wrażeniem swoich możliwości. Człowiek to jednak pełne tajemnic stworzenie. Kto by pomyślał?


 
Na początek strony Strona główna >> Archiwum >> Klamecjusz 6 (maj 1996) >> [ Od redakcji | News | Krótko o wspinaczce solowej | Letnie impresje | Siedząc na gałęzi | Nowe odkrycia w Jaskini Śnieżnej | Rafał Firczyński zaginął w Andach | Kolorowy zawrót głowy | Murkowa Księga Wyjść | Maroko nie tylko dla bogaczy | Nowe drogi w Rutkach | Winda V | Słone lody | Zawody w Tarnowie | The Boolers ]  
 

© murki.pl 2000–2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.

poczta@murki.pl