murki.pl
  Info | Mapa | Topo | Ogłoszenia | Archiwum | Zdjęcia | Forum | Zaloguj | Kontakt

Wprowadzenie (…czyli trochę wyjaśnień)

Poniższy tekst powstał z myślą o osobach nie wspinających się. Ogólne informacje o wspinaniu w Trójmieście adresowane do wspinaczy i osób zaczynających się wspinać zawiera strona praktyczne informacje.

Most w Lubonicach.

Wspinanie?

Wspinanie? Brodaty człowiek hałaśliwie bijący haki w dziewicze górskie ściany, przewiązany konopną liną w pasie, z tyrolskim kapeluszem na głowie i oczywiście w przydługich ciemnozielonych getrach. Lina naturalnie pęknie przy pierwszym poślizgnięciu — to przecież bardzo niebezpieczny sport, dla szaleńców…

Cóż, nawet sto lat temu to niezupełnie tak wyglądało. A dzisiejszy wspinacz to bardzo często młoda, wysoko ceniąca własne życie osoba w wieku od 15 do 80 lat — ubrana wyjątkowo kolorowo, która w prawdziwe góry nigdy nie zawitała. Dzisiejsze liny nie urywają się, a odpadnięcia od ścian są nagminnie praktykowanym sposobem schodzenia w dół. Dzisiejsze wspinanie to tak naprawdę wiele różnych sposobów „wchodzenia do góry” — można być mistrzem w jednym nie mając zielonego pojęcia o pozostałych. Himalaizm, alpinizm, taternictwo, wspinaczka letnia, wspinaczka zimowa, wspinaczka sportowa, techniki sztucznych ułatwień, wielkie ściany, góry, skałki, jaskinie, murki, sztuczne ściany i nawet — wspinaczki na drzewa…

Skromny rys historyczny…

Na początku było chodzenie po górach. Najważniejsze było osiągnięcie szczytu, a wspinanie się po pionowych ścianach traktowano jedynie jako środek do celu i decydowano się na nie tylko wtedy, gdy już naprawdę nie było innego sposobu wejścia. Ale z czasem to, co początkowo było tylko środkiem, zaczęło stawać się celem samym w sobie. A że dodatkowo w pewnym momencie nowych, niezdobytych jeszcze szczytów zaczęło brakować, więc chwały pierwszych zdobywców zaczęto poszukiwać na coraz bardziej urwistych urwiskach. Po jakimś czasie tych także zaczęło brakować — mnożono więc różne „logiczne” trasy i problemy na już wcześniej zdobytych zerwach. Logicznym było na przykład przejście ewidentnych formacji skalnych (np. największej rysy czy filara na ścianie) czy pokonanie ściany w linii spadku wierzchołka.

Wówczas też w ramach treningu przed wyjazdami w góry zaczęto odwiedzać „niepoważne” małe skałki, w których bez żadnego ryzyka można się było porywać na drogi, których trudności uznawano wówczas za granicę ludzkich możliwości. Wkrótce nadszedł też moment, gdy skałki z miejsca treningu zaczęły stawać się pełnoprawnymi rejonami wspinaczkowymi. Ze względu na bezpieczny (niezależny w sporym stopniu od pogody i wolny od tzw. czynników obiektywnych, jak np. lawiny) charakter wspinania, także i w skałkach zaczęto poszukiwać coraz to nowych i większych trudności. Niedługo później na nowe, trudne drogi w skałkach zaczęło brakować miejsca, a nowe trudności tworzono poprzez umawianie się, z których chwytów i stopni na ścianie można, a z których nie można korzystać.
Taka zmiana podejścia do wspinania spowodowała, że pojęcie „alpinizmu”, dotychczas umiarkowanie jednoznaczne (czytaj: opisany wyżej brodaty człowiek), znacznie się rozszerzyło i dzisiejszy obraz szeroko rozumianej działalności wspinaczkowej wybiega daleko poza przyjęty stereotyp.

Dla wspinaczy mieszkających z dala od naturalnych rejonów skalnych (czyli np. dla mieszkańców Trójmiasta) celem eksploracji stały się sztuczne budowle — mosty, murki, różnorakie wieże. Aby móc także trenować przy braku sprzyjającej pogody, wybudowano sztuczne ściany w zabezpieczonych przed kaprysami aury pomieszczeniach. Z czasem wyodrębniła się grupa osób, które na słońce wychodzą z rzadka, zajęte treningiem w takich właśnie miejscach — zwłaszcza, że większość zawodów sportowych rozgrywana jest na sztucznych ścianach.

Mniej lub bardziej trudno…

Oczywiście droga drodze nie równa i należało znaleźć jakiś sposób oceny ich trudności. Najczęściej używana w Polsce skala (tzw. krakowska) dzieli trudności na sześć stopni (I, II, III, IV, V i VI). Ostatni z nich, słownie określany jako „skrajnie trudno”, jest z definicji nieprzekraczalny i oznacza najtrudniejsze problemy wspinaczkowe możliwe do pokonania przez człowieka. Ale, że w ramach stopnia VI także istnieją drogi łatwiejsze i trudniejsze (oj, tak!), więc zaproponowano podpodział tego co „skrajne” i stąd wyceny VI+, VI.1, VI.2, VI.3… Najtrudniejsze drogi pokonywane w okresie międzywojennym ocenia się mniej więcej na VI (bez żadnego dodatkowego numerka), najtrudniejsze współczesne drogi w Polsce osiągają VI.8. Coś tak trudnego jest dzisiaj w stanie pokonać co najwyżej kilka osób w naszym kraju.

Nazwy…

Powszechnie przyjął się zwyczaj, że twórca drogi wspinaczkowej (autor pierwszego przejścia) w nagrodę otrzymuje prawo jej nazwania — i w zasadzie, niezależnie od tego jaka by była, zaproponowana nazwa jest powszechnie uznawana. Bardzo często w ten sposób uwieczniane są filmy (Syndrom Bibbita), książki (Chatka Puchatka, Przebudzenie, Ściorg), ważne dla kogoś osoby (Trawers przez Izę), czy doznania podczas przejścia (Radosne Buły, Telegraph Road). Nazwy mogą też stanowić swoisty element dialogu (Skowyt Babci obok Chichotu Starca). Mogą też nic nie wyrażać — cóż, takie jest prawo autora… W praktyce i tak prawie zawsze łatwiej posługiwać się ogólnie znanymi nazwami niż ze szczegółami opisywać umiejscowienie drogi i jej przebieg.

Murki?

Jakoś tak się złożyło, że w okolicy Trójmiasta nie wypiętrzyły się żadne skaliste góry. Z centrum Gdańska, Sopotu i Gdyni do najbliższego większego kawałka prawdziwej skały jest co najmniej kilkaset metrów piasku, żwiru i gliny w pionie lub kilkaset kilometrów w poziomie. Pod koniec lat sześćdziesiątych zaczęto się wspinać po starych wiaduktach rozebranej po wojnie linii kolejowej biegnącej przez dzielnicę Gdańska o nazwie Brętowo. Początkowo pokonywano tylko drogi „naturalne”, wykorzystując do tego celu różnego rodzaju dziury i ubytki w tych mocno już zaniedbanych budowlach. W chwili, gdy istniejące pierwotnie drogi przestawały wystarczać, kolejne spreparowano, używając młotka i dłuta. W ten sposób powstały m. in. słynne murkowe trawersy, umożliwiające długie, samotne treningi. Wszystko to działo się w czasach, kiedy wybudowanie sztucznej ściany wspinaczkowej było po prostu niemożliwe. Wspinacze w Trójmieście trenowali na murkach od lutego do listopada, wspinając się (bez rękawiczek — warto spróbować!) nawet przy ujemnych temperaturach. Od czasu powstania sztucznych ścian nowe drogi na murkach pojawiają się bardzo rzadko, a nowe, wykute przez kogoś chwyty są zwykle betonowane przez samych wspinaczy ponieważ przeważnie ułatwiają którąś z istniejących już dróg. Poważniejszą plagą na Murkach stali się za to na początku lat dziewięćdziesiątych młodzi ludzie zaopatrzeni w farby w aerozolu, a nieco później — amatorzy złomu metalowego, skwapliwie kradnący nadwątlone barierki.

Nadeszła chyba pora, by zapytać się, o co chodzi tak naprawdę we wspinaniu murkowym i co to ma wspólnego ze wspomnianym na początku, zdobywającym górskie zerwy brodatym taternikiem. Otóż tak jak i w Tatrach wspinanie tutaj polega na przemieszczeniu swojego ciała z punktu startu (najczęściej położonego w pobliżu ziemi) do punktu końcowego (najczęściej leżącego powyżej poprzedniego — z reguły jest to barierka lub krawędź mostu) przy pomocy chwytów (np. pęknięć w skale czy dziur po cegłach) dostępnych na danej ścianie. Tylko wspinacz i „skała”, żadnego sztucznego wspomagania. Lina opuszczona z barierki lub przepinana przez tzw. stałe punkty asekuracyjne służy tylko do zabezpieczenia i zadziała dopiero w momencie, gdy z jakiejkolwiek przyczyny (z reguły z powodu braku umiejętności) wspinacz straci bezpośredni kontakt ze ścianą.

Być może takie podejście do uważanego zawsze za w pewien sposób „szlachetny” sportu oznacza wypaczenie idei, które widzieli przed sobą jego prekursorzy. Obcowanie z Naturą, uszlachetniający charakter prawdziwych i dzikich gór. Cóż, w tym miejscu można zapewnić wszystkich, że każdy szanujący się most ma swoją Naturę — florę i faunę, a poszukujących szczególnych przeżyć emocjonalnych w dzikich górach można przecież (to prawda, złośliwie) odesłać w pogodny letni dzień na ścieżkę prowadzącą na Giewont… Kilka już teraz pokoleń trójmiejskich wspinaczy kocha murki i zna na tych niepozornych mostkach dosłownie każdą dziurę. Wiedzą, która ściana po deszczu może być sucha, a która będzie schła przez całą wiosnę. Tak jak rok temu — i tak jak dziesięć lat temu. Wspinacze doskonale znają ścieżki na skróty przez działki w dolinie Strzyży, wiedzą jak pachną wczesną wiosną wypalone zbocza wąwozu między Przewieszkami a Elektrycznym i wiedzą też, że około czterdziestu rozjechanych ropuch na piaszczystej dróżce między Elektrycznym a Gdyńskim oznacza początek sezonu. Poza tym wszystkim murki rzadko oznaczają rezygnację z innych rodzajów wspinania.

Zaczynamy?

Może zabrzmieć to paradoksalnie, ale wspinanie jest bardzo bezpiecznym sportem. Jednak nieprzestrzeganie kilku podstawowych (i całkiem logicznych) zasad może skończyć się wypadkiem. Tego jak wspinać się dobrze każdy uczy się zwykle sam, podpatrując innych, natomiast wspinania bezpiecznego można nauczyć się od tzw. instruktorów wspinaczki na specjalnym kursie. Po takim szkoleniu prócz szeregu pożytecznych i niewątpliwie przydatnych w życiu umiejętności (asekurowanie się, zjazdy, podchodzenie po linie, itp.), otrzymuje się zaświadczenie niezbędne w przypadku chęci legalnego kontynuowania kariery w Tatrach.

Czy można zacząć się wspinać w Trójmieście? — oczywiście. Na początek warto zajrzeć na murki. Niektóre z nich (Brętowo!) są bardzo popularne i w wiosenne sobotnie popołudnie, przy sprzyjającej pogodzie można tam spotkać wianuszek ubranych w lekkie polary osób z plecaczkami. Przy pewnej dozie szczęścia uda się może posłuchać zabawnych (tylko dla niewtajemniczonych, pozostali traktują je bardzo serio) rozmów na temat przechwytów, strzałów, łojenia, klam i klamek, dziurek, krawądek, miseczek, buły, odchudzania czy serii na drągu. Na pewno też znajdzie się chętny, który udzieli kilku wskazówek potencjalnemu kursantowi (kursantce) — po oddzieleniu tradycyjnego czarowania i samochwalstwa powinno coś jeszcze pozostać. Można też zajrzeć do jakiegoś klubu zorientowanego na wspinanie (są takowe w Trójmieście), pooglądać slajdy, filmy lub posłuchać znanych osób mówiących o etosie, dowiedzieć się, że kiedyś to było wspinanie, umówić się z instruktorem na szkolenie w skałach, tudzież dopytać się o kurs tatrzański.

Trzeba też zastanowić się, czy na pewno jest się zdecydowanym zaryzykować — jeżeli wpadnie się w „to” po uszy, nierzadko zaczyna brakować czasu na jakąkolwiek inną aktywność, rodzina i znajomi patrzą jak na wariatów (lub co najmniej lekko przetrąconych świrków — w pewnym wieku już nie wypada…), ulubioną czynnością staje się śrubowanie liczby podciągnięć na framudze i drążku, szlifowanie „szpona”, kucie „buły”, a w wolnych chwilach porównywanie trudności przechwytów w granicie, wapieniu czy betonie.

Jeszcze coś dla zachęty? Starte opuszki i palce z dziesiątkami drobnych ranek, kontuzje ścięgien, nocne przymrozki w namiocie, tłok w pociągu jadącym w góry, tantalowe męki na widok dużego kawałka przepysznego tortu i dzika radość oraz straszliwie bolące mięśnie przedramion po pierwszym przejściu Trawersiku na moście Gdyńskim w Brętowie. Dziwne, ale to naprawdę potrafi solidnie ucieszyć.


 
Na początek strony Strona główna >> [ Wprowadzenie | Praktyczne informacje | Archiwum | Przewodniki | Galeria ]  
 

© murki.pl 2000–2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.

poczta@murki.pl